Środek zimy. Grube warstwy śniegu leżą na niegdyś zielonych łąkach i polach, przykrywają karoserie samochodów, skrzypią pod butami przechodniów. Mróz gryzie w poliki, a myśli wciąż wybiegają do wspomnień o lecie, o kwitnących kwiatach, śpiewających ptakach, fruwających motylach...Siedzę więc przed oknem, obserwując spadające płatki śniegu i rozmyślam...
***
Świt. pierwsze, delikatne promienie dotykają kłującymi igiełkami świat.
Wbijają się w mrok i chłód nocy, spychając ją do najciemniejszych
zakamarków lasu. Przebijają na wskroś gęstą zasłonę mgły, odkrywając
rozległe łąki i pastwiska, gdzieniegdzie poprzecinane polami i lasami.
Głaszczą po kolei każdą roślinę, każdy zmarznięty pąk. Na szarych
płatkach maków znów pojawia się rumieniec, jakby były one zawstydzone
obecnością Słońca. Srebrzyście lśnią kropelki rosy na zielonej trawie,
przystrajając ją w diamenty. Jest chłodno. A ja siedzę na łące pośród
zwiewnych turzyc, chciwie wystawiając twarz do naszej gwiazdy. Czuję
delikatne ciepło na zamkniętych powiekach, rozkoszuję się nim, czerpiąc
energię na cały dzień. Nie otwieram oczu. Jeszcze nie. Słucham. Słucham
radosnego zaśpiewu kosa, szczerze cieszącego się z nastania dnia. Chwilę
potem dołącza do niego czyżyk, gdzieś daleko w lesie słychać baśniową
pieśń wilgi. Z chwili na chwilę las i łąka rozbudzają się coraz
bardziej. Słyszę szelest liści, poruszanych delikatnym wiaterkiem,
spadające co chwilę krople rosy. Czuję życie, przede mną, za mną, we
mnie. Ja jestem światem, świat jest mną. Otwieram oczy, na mojej twarzy
pojawia się błogi uśmiech. Piękno jest wszędzie. Z zachwytem patrzę na
leśną ścieżkę, która zaczyna mienić się złotem. Mgły już zanikły,
pochowały się w cieniach, zabierając ze sobą wszystkie nocne strachy.
Ciepło rozgrzewa moje zmarznięte kości, czuję się rześka i szczęśliwa.
Las i łąka nie tracą ani chwili - ptaki uwijają się wśród gałęzi,
zafrasowany bąk przelatuje gdzieś koło moich bosych stóp, na delikatnych
kwiatach firletki suszą skrzydła rusałki. Życie! Czuję, jak wstępuje we
mnie dzikość, rozpiera energia. Biegnę przed siebie, z radością w sercu, płosząc przycupnięte w wysokim zbożu sarny. Życie! Wbiegam w
las, zatrzymując się tylko na chwilkę przy dorodnym krzaku soczystych
jeżyn, ociekających rosą. Życie! Nie widzę już ścieżki, nikt mnie nie
znajdzie. Jestem całkiem sama, w lesie który znam i który kocham jak
własny dom. Nie wrócę stąd prędko. Jest przecież tyle rzeczy do
zbadania. Kto dziś odwiedził leśny wodopój? Jak mają się prześliczne
pisklęta muchołówki? Jakie łapy stąpały po polu, zostawiając głębokie i
duże ślady? Z uśmiechem na ustach znikam za pniem dostojnej brzozy,
która delikatnie szumi swoimi zielonymi liśćmi. Kiedy wrócę, mając już
pół dnia za sobą, oni dopiero będą otwierać oczy i wygrzebywać się spod
ciepłych kołder. Narzekając, dlaczego wstawać muszą tak wcześnie.
