środa, 25 września 2019

Czarny postrach rzek!

Tegoroczna wiosna i lato było wyjątkowo suche. Nie trzeba wspominać, jak duży to problem dla roślin uprawnych i tych całkiem dzikich, rodzimych. Dużo drzew potraciło liście, brzozy są w opłakanej kondycji, dęby też nie wyglądają na specjalnie szczęśliwe. Albo żałosne pola kukurydzy, sięgające zaledwie do połowy łydki. Jest jednak mała grupa stworzeń, które zdaje się korzystać z obniżonego poziomu wód - mowa tu o ptakach brodzących, trwale związanych ze środowiskiem wodnym. Dla nich rozległe płycizny, w których łatwo dosięgnąć małe rybki lub bezkręgowce, to prawdziwy dar z niebios. Ponieważ mieszkam nad Wisłą, mogę na bieżąco obserwować podnoszenie i opadanie jej powierzchni. Zwłaszcza opadanie, bo piaszczystych łach jest teraz pod dostatkiem. A z tym związane jest całe mnóstwo ptasiego bractwa. Hałaśliwe śmieszki, zarówno te młode, żebrzące o pokarm, jak i całkiem dorosłe, wykłócające się z sąsiadami o bezprawnie zajęty kawałek piasku. Rybitwy rzeczne, zwinne na tle chmur, niczym małe rybki. Majestatyczne bieliki, przyciągające wzrok wszystkich wokół. Wszędobylskie krzyżówki, krakwy i nurogęsi, leniwie wygrzewające się pod czujnym okiem lekko zasępionych czapli i kormoranów. Czasem z głośnym manifestem przylecą brodźce piskliwe, dołączając do kwokaczy ganiających za małymi rybkami. Kiedy indziej obserwuję sieweczki rzeczne z dziećmi, które poruszają się małymi kroczkami i gorliwie "wytupują" robaczki z ziemi. Rzadziej przeleci bocian czarny lub rybołów, zdarzają się stada czajek lub biegusów zmiennych, łęczaków, batalionów. A wisienką na torcie jest zawsze zimorodek. I tak to każdy z nich spokojnie żeruje, jedynie z rzadka wdając się w awanturę ze współbiesiadnikami.

Są jednak ptaki, które samą swoją obecnością wzbudzają popłoch. Nagle robi się jakby ciszej, mewy patrzą w górę, nerwowo strzepują skrzydła. Niektóre podnoszą alarm, inne odlatują zawczasu. Reakcja godna ujrzenia dużego drapieżnika lub innej "zarazy". Tymczasem ową zarazą okazują się być... wrony. Tylko i aż wrony. Wylatują znad lasu i zbierają się w powietrzu, zapewne obmyślając niecny plan. Mewy już wiedzą, że z odpoczynku nici. Z wirującej na niebie, czarnej chmury powoli odrywają się pojedyncze ptaki, i spadają jak pociski na środek łachy. Część zaczyna gonić uciekające mewy w powietrzu - po 2-3 na jedną ofiarę. Część atakuje te ptaki, które są mniej strachliwe - zaczynają ciągnąć mewy za pióra w ogonie, sypać na nie piaskiem. Mało który ptak jest w stanie znieść takie traktowanie, w kilka chwil piaszczysta wyspa należy do gangu wron. Nikomu nie dzieje się prawdziwa krzywda, ale - niesmak pozostał :) Tym zachowaniem bardzo przypominają tą młodą i mniej inteligentną część naszego społeczeństwa, szukającą wciąż okazji do zaczepki i "dobrej zabawy". Wrony nad Wisłą kontrolują wszystko i wszystkich. Nie odstępują na krok bieliki, jeśli te pojawią się na niebie. Czujnie obserwują również ludzi, klasyfikując ich na nieszkodliwych wędkarzy, niebezpiecznych ludzi z psami i bardzo, bardzo podejrzanych ludzi z lornetkami/aparatem, którzy przyglądają się im za długo. Można się po nich spodziewać wszystkiego, więc nie zdziwię się, kiedy niedługo będę musiała płacić daninę w mięsie za wstęp na brzeg rzeki!

 Na polach nad brzegiem rzeki można spotkać wiele innych zwierząt, choćby sarny.


 Bielik z obstawą wronio-sroczą.


 Zdjęcie środowiskowe zimorodka :)


 Widoki na bogactwo żerowiska.


 

 Czaple siwe.


Czaple białe.

poniedziałek, 23 września 2019

Aktor oskarowy

Stali czytelnicy tego bloga (tacy jeszcze są?) na pewno zauważyli, że mój okołodziałkowy las to teren zasadniczo ubogi w jelenie. Nie mogę narzekać na brak saren lub dzików, zające bez strachu napastują grzybiarzy w lesie, ale jelenie to wyjątek. Czasem przyjdą przez przypadek, czasem gdzieś na polu widać ich tropy, jednak ich główny rewir leży kilka kilometrów dalej. W ładniejszym i bardziej dzikim kawałku lasu, pełnym szumiących dębów, przytulnych kotlinek i śródleśnych bajorek. Nawet podczas rykowiska rzadko słychać ich donośne głosy. Dlatego wieszając tydzień temu kamerę na drzewie, spodziewałam się wszystkiego, tylko nie króla lasu.
Nie przeczę - gdzieś z tyłu głowy iskrzyła nadzieja, jak wątły płomyk świecy, że może zobaczę chociaż łanię. Chociaż kawałek zadu jelenia, a jeszcze lepiej kawałek poroża. A im bardziej puszczałam wodze wyobraźni, tym bardziej niesamowite kadry miałam przed oczami. Byk biegnący z gracją przez pole. Albo byk goniący łanie. Aż w końcu byk, który z dumą przebiega przez pole z haremem łań, zatrzymuje się tuż przed kamerą, rozgląda się i potężnie ryczy. Najlepiej taki starszy, dobrze zbudowany, nie jakiś młodzik z wątłym porożem.

Wychodzi na to, że znalazłam najlepszego aktora na świecie. A raczej on znalazł mnie. Idealne, podświadome porozumienie ze scenarzystą, doskonale zagrane sceny, realizm i pełna naturalność w odwzorowaniu postaci! Kostium prima sort, głośniki wewnątrz jelenia z potężnym basem, nawet się aktorowi nóżka przy majestatycznym kłusie nie powinęła. Wina jedynie leży po mojej stronie, gdyż nie zapewniłam lepszego sprzętu nagrywającego, lepszego oświetlenia, i oczywiście zdjęć w dzień. Można by zrobić zbliżenie na jego oczy, pokazać wicherek w grzywie, błysk wypolerowanej racicy, zalotnie podkręcone rzęsy łań... No ale! Pozostaje tylko kwestia honorarium. Nie do końca wiem, czy mnie stać, ale skoro aktor sam wybrał reżysera, to mam nadzieję że zdaje sobie sprawę z jego ograniczeń majątkowych. Aktor niestety nie pozostawił do siebie kontaktu, żeby ujęcia powtórzyć, więc jeśli ktoś delikwenta poznaje, proszę o pilną wiadomość.

Na nagraniu poniżej kilka nagranych scen przez ostatni tydzień. Jeleń - król lasu z paniami, młody jeleń - jednorożec (lub jednoparostkowiec, jak kto woli) i znana wam już wataha dzików. Choć mam niejasne przeczucie, że warchlaków jakoś mniej...


niedziela, 15 września 2019

Jesienne melancholie


Czuję jesień w kościach. Pierwszy zapach zmiany poczułam już pod koniec sierpnia, kiedy temperatury były jeszcze nieznośnie wysokie. Ot, ni z tego ni z owego, idąc spacerkiem przez osiedle, włączyła mi się w głowie żółta lampka z napisem „czas wracać”. Tak jak każdej poprzedniej jesieni i wiosny. Nigdy nie zastanawiałam się, skąd ptaki wiedzą, że już czas. To oczywisty komunikat, który powstaje gdzieś w gąszczu neuronów, nie dający żadnego pola do nadinterpretacji. Wielkie, drukowane słowo JUŻ. Każdy kolejny dzień zwłoki powoduje dyskomfort porównywalny z wierceniem w żywej tkance mózgu. Nogi świerzbią do marszu, byle dalej i dalej. Byle coś robić, najlepiej jak najwięcej, znaleźć ujście dla energii zgromadzonej na migrację. Nie wiem, skąd to pragnienie we mnie, istocie bezskrzydłej i uziemionej tak, że bardziej już się nie da. To z resztą nieistotne – ważne, że rozumiem  co czuje gęś, kiedy czas w drogę.
Jesień to dla mnie też czas narastającej nostalgii; coś się kończy, ostatnie masowe poruszenie, żeby na jakiś czas zapaść w głęboki sen. Czas refleksji nad własnym życiem, nad tym czego nie zrobiłam, a powinnam. Nad tym, co mnie hamuje, co nie pozwala do końca cieszyć się dniem. Nad tym, dlaczego nie realizuje swoich pasji, skoro to jedyna droga do zadowolenia swojej duszy.  Coraz więcej we mnie pytań, coraz mniej zrozumienia dla tego, co dzieje się dookoła mnie. Nie rozumiem, co kieruje człowiekiem, który pociąga w lesie za spust, nie rozumiem, dlaczego ludzie tak bardzo starają się nie widzieć prawdy. I każdego dnia coraz bardziej boję się o przyszłość. Patrzę na las, na łąkę, na ptaki i sarny, i myślę – jak długo jeszcze? Czy schnące brzozy i dęby to tylko gorszy rok? Czy moja ukochana lipa wytrzyma, skoro w tym roku uschła w połowie? Czy będzie o czym pisać za 10, 20, 30 lat? Boję się, że będę zmuszona obserwować powolny schyłek wszystkiego, co tak bardzo kocham.

Już bardzo dawno nie robiłam w lesie zdjęć, w sumie nie wiem, dlaczego. Podglądam zwierzęta przy pomocy fotopułapki, co daje mi o wiele większą wiedzę o tym, jak wygląda ich życie. Przywiązałam się do nich. Do loch i małych warchlaków (jeszcze chyba mogę używać tego słowa, choć duże są prawie jak mama), do odyńca którego widuję czasem, do 2 lisków i pary żurawi, którym udało się odchować pisklę. I tym bardziej boli mnie, kiedy słyszę w moim lesie strzały. Raz za razem, salwy jak na wojnie. Czuję fizyczny ból, kiedy widzę nagranie, na którym moja locha ma poważny uraz tylnej kończyny (prawdopodobieństwo że to dzieło myśliwych, jest bardzo duże – widać poważny uraz, locha nawet nie stara się obciążać tej nogi, więc całkiem prawdopodobne jest nawet złamanie…) i najprawdopodobniej zostanie dobita przy najbliższym zbiorowym mordzie. Cudowna rodzina straci kolejnego członka, a wiedząc, jak rodzinne są dziki, zapewne nie obędzie się bez psychicznego cierpienia dzieci i ciotek. Bo ktoś się nudzi, bo „spełnia dobry obowiązek” bo… (tu wstaw setki innych, idiotycznych powodów). To nie jest kupa mięsa. To żywe, czujące stworzenie, świadomość, zdolna do odczuwania dokładnie takich samych emocji, jak człowiek (no, może poza tym, który stoi po drugiej stronie lufy. Tutaj upośledzenie emocjonalne to chyba standard). Jak można…???

To strasznie smutne, że wyjścia do lasu to dla mnie w równym stopniu radość, co ból i strach. Marzę, żeby to się kiedyś zmieniło… Tymczasem zostawiam Was z kolejną porcją filmików. Bez skracania kadrów, bez specjalnej obróbki. Spójrzcie, jak się bawią, jakie to cudowne zwierzęta. Wybaczcie brak dźwięku – może kiedyś zarobię na lepszy sprzęt ;) Proszę się też nie sugerować datą i godziną na datowniku, nie zawsze pamiętam żeby to przestawić podczas zmiany baterii.



sobota, 4 maja 2019

Filmowy skrót z miesiąca :)

Jeśli ktoś sądził, że umarłam, to z przykrością zawiadamiam, że jeszcze nie ;) Nie pochłonęły mnie bagna, nie zadziobały dudki, nie zagryzły wilki. Powoli wygrzebuję się z zimowego marazmu (tak, wiem, że jest już maj, ale ja tkwię w wiecznym niedoczasie...), odwiedzając co jakiś czas mój ulubiony kawałek lasu - choć zazwyczaj bez aparatu. Toteż i obserwacje żadne, raczej relaks w zieleni po męczącym dniu pracy, przytulanie się do drzew i obserwacja mrówek. Znalazłam sobie za to nową zabawkę, zakupioną tanim kosztem na serwisie aukcyjnym, a mianowicie używaną fotopułapkę. Obserwacje czynią się teraz za mnie same, a ja mam minimalnie mniejsze wyrzuty sumienia, że nic nie robię ;)
Przez ostatni miesiąc urządzonko wisiało sobie na drzewie tuż za bramą mojej działki. Dość mocno wydeptana ścieżka świadczyła o tym, że teren jest dość mocno uczęszczany, nie wiedziałam tylko, czy przez ludzi, czy zwierzęta. Nie powiem, zostawianie swoich pieniędzy na pastwę losu na miesiąc jest lekko bolesne, ale czego się nie robi dla wiedzy! Przez cały miesiąc przekonywałam się, że to nie jest majątek, właściwie jedne większe zakupy w spożywczym, a pod koniec kwietnia byłam już pogodzona z utratą nowej zabawki (czyli chyba jednak jestem pesymistą!) Jakże wielka była moja radość, kiedy okazało się, że nikt jej nie tknął :)

Jeszcze większą radość sprawiło mi przeglądanie filmów - choć może nie powalają jakością, to ilość nagrań wprawiła mnie w lekkie osłupienie - nagrywały się minimum 2 filmy dziennie (Same zwierzaki, plus jedna mocno przestraszona Pani, która wzięła nogi za pas jak tylko zbystrzyła kamerkę). Testowo nastawiłam krótkie nagrania, zaledwie 30s, ale na przegląd miesiąca były idealne.

Na poniższym filmiku zobaczycie dwie fajne rzeczy. Po pierwsze lochy, które systematycznie przez miesiąc przeprowadzały tamtędy swoje dzieci. Chodziły zawsze we dwie, jedna urodziła parę tygodni wcześniej niż druga, a różnicę wielkości dzieci fajnie widać na ostatnim ujęciu z ich udziałem. Nawet w tym pierwszym miocie 5 pasiaków jest normalnej wielkości, a jeden zdecydowanie mniejszy - zastanawiam się, czy słabszy, czy może jakaś adopcja? (to akurat drugie ujęcie na zamieszczonym niżej filmie). Zmontowałam filmik z najbardziej reprezentatywnych nagrań, natomiast na deser macie parę ładnych ujęć pięknookich (choć lekko wyliniałych) saren i koziołka.
Dźwięku niestety nie ma (nie można mieć wszystkiego) a nie lubię wstawiania tandetnych muzyczek w tle, więc pooglądacie w ciszy. Można nucić ;)

Mam nadzieję że nie uznacie moich pierwszych kroków w montażu filmów za totalną klapę :))) Początki zawsze są trudne! Może się wkręcę i skończę jak mistrz Marcin Kostrzyński :)
A już niedługo wstawię krótki post ze zdjęciami z ładnego kawałka lasu, którego szukałam tak długo.


niedziela, 13 stycznia 2019

W poszukiwaniu czasu i lasu

W końcu postanowiłam coś tu opublikować, choć właściwie z przyrodniczego punktu widzenia nie mam nic ciekawego do powiedzenia... :) Wpadłam w wir pracy, z której wychodzę dopiero jak jest już ciemno (albo jeszcze jest ciemno). Mam wolne zaledwie 2 weekendy w miesiącu, i mniej więcej z tą samą częstotliwością znajduję się w lesie... tfu, właściwie nie lesie, tylko jakiejś plantacji bez podszytu. Mój "obszar porośnięty drzewami" wygląda na większości swojego obszaru tak:


Dużo ścieżek dla spacerowiczów, biegaczy, cyklistów, a w związku z tym dużo śmieci, choć i te czasami tworzą interesujące obrazy:


Uświadczyć tam za dnia zwierząt nie sposób, poza stadami sikorowo - kowalikowymi. Mieszka tam sporo lisów, zające, sarny, można też jeszcze znaleźć ściółkę zbuchtowaną przez dziki. Wszędzie tylko ludzie, którzy nie pozwalają się zrelaksować (zwłaszcza biorąc pod uwagę przedziwną właściwość mojego mózgu, który jakimś cudem wie, czy w promieniu 100 metrów znajduje się jakiś inny człowiek, choćby szedł cicho i jego obecności nie oznajmiały żadne sójki i dzięcioły. )Niestety, to obraz lasu, który jest dla mnie całkiem nieakceptowalny, mając w głowie nadal obraz lasów Warmii. Lasów, gdzie mogłam zaszyć się w krzakach (tu nawet krzaków nie znajdziesz!), siedzieć godzinę i wdychać las, nie będąc niepokojona przez nikogo poza ptakami.Dlatego wieczorami jeżdżę palcem po wirtualnej mapie, szukam celów bliższych i dalszych wypadów i nadal liczę, że w końcu znajdę tu swój kawałek lasu, do którego będę mogła wpadać trochę częściej w miesiącach letnich, przed lub po pracy.




A poniżej mój nareszcie skończony kruk, który zawiśnie na głównym miejscu w salonie. Kredki, format A3, łącznie jakieś 30h dłubania. Zdjęcie wyszło jak wyszło, nie potrafię fotografować swoich rysunków :D




poniedziałek, 4 czerwca 2018

Mamy jelenie!

Czerwiec to bardzo trudny czas dla miłośnika przyrody. Im dalej w las, tym więcej drzew, jak to mówią, a w przypadku czerwca - im dalej pojedziemy palcem po kalendarzu, tym mina coraz bardziej nam rzednie. To ten miesiąc, w którym wyzwanie wstawania o świcie, żeby iść w teren, osiąga punkt szczytowy, kulminacyjny. Właściwie można by się w ogóle nie kłaść spać, żeby nie dawać zmęczonemu organizmowi złudnych nadziei na jakąkolwiek regenerację.

I tak, idąc spać o 23 (bo dopiero co zrobiło się ciemno), pierwsze ptasie śpiewy (na gałęzi tuż przy oknie oczywiście) budzą mnie koło 4 rano. Kota też. W jego przypadku czynność otworzenia oczu uruchamia lawinę zdarzeń, prowadzącą do uświadomienia sobie faktu, że żołądek ma od kilku już godzin pusty, a tylko mój sen dzieli go od naprawienia tego fatalnego błędu kociego oprogramowania. Dalszy ciąg opowieści jest już raczej oczywisty.

Kiedy moje stopy ostatecznie stanęły pewnie na leśnej ścieżce, skierowałam je jak zwykle na moją łąkę. Było duszno i parno, bez najlżejszego powiewu wiatru.W lesie przekrzykiwały się wilgi na zmianę z kosami, drozdami śpiewakami i krukami. Jako pierwsze na spotkanie wyszły mi 3 łanie, z czego zdjęcie udało mi się zrobić tylko jednej pannie. Co ciekawe, ten rok jest pierwszym od bardzo dawna, w którym w moich okolicach biegają jelenie. Kiedyś, jakieś 8-10 lat temu, widziałam w lesie jednego byka (pewnie było ich znacznie więcej, ale dziewczynka w wieku 13-15 lat nie za bardzo jeszcze wie, o co chodzi w tym całym lesie), potem długo, długo nic. To samo ze śladami na ścieżkach - głównie sarny i dziki, dopóki populacja tych ostatnich nie została prawie zupełnie wybita. Jelenie były zawsze w lesie po drugiej stronie jeziora - być może intensywne polowania w tamtych okolicach zmusiły je do zmiany miejsca pobytu. Teraz skład tropów leśnych to w 80% sarna, czasem borsuk, coraz więcej jeleni i właściwie 0% dzika...


Na zdjęciu wyżej widać tylko jedną pannę, dwie pozostałe łaziły w lesie. 2 tygodnie wcześniej, kiedy wybrałam się rankiem do lasu bez aparatu (kryzys rozładowanej baterii...) na polu żerowały wszystkie trzy. Trasę mają dość przewidywalną, zdaje się że codziennie przemierzają dokładnie ten sam obszar w tej samej kolejności ;)

Kiedy zasiadłam na łące, przez długi czas nie działo się nic. Sarny owszem, wychodziły, ale zbyt daleko dla mojej optyki w aparacie. Dopiero ten kawaler dał się sfotografować. Co najśmieszniejsze, stałam wcale nie tak daleko od niego, nieosłonięta niczym, mając krzaki daleko za plecami (trochę się go nie spodziewałam, stąd moja lekkomyślność), a on zdawał się w ogóle mnie nie zauważać.




Wciąż jednak zerkał w swoją lewą stronę, uporczywie wpatrując się w las. Ja tam nie widziałam niczego z moimi ubogimi zmysłami, ale on był tym przerażającym czymś bardzo zafrapowany. W końcu odszedł niespiesznie, acz z lekką irytacją, popatrując ciągle w las. A ja stałam jak zaczarowana, udając martwe drzewo i czując, jak czerwone mrówki gryzą mnie po łydkach!

Kiedy odszedł, nadleciały z kolei kruki. To najprawdopodobniej rodzice z młodymi, bo tylko 4 z nich robiła raban nie z tej ziemi, pozostałe 2, "mądrzejsze" strofowały mnie krótkimi, zdecydowanymi kraknięciami. Baraszkowały w tej samej okolicy przez dwa dni mojej wizyty, zdaje się, ze widziałam też wysoko w koronach drzew ich gniazdo. Okrzyczały mnie okrutnie, lecz ostatecznie bardziej zafrapowały je odgłosy strzałów niedaleko. Śniadanie na zawołanie! Piątka z nich poleciała od razu w tamtym kierunku, szósty poleciał kawałek za nimi, po czym odleciał w drugą stronę, zwołując na posiłek inne ptaki. Zrobił zdaje się dość dużą pętlę wokół lasu, wrócił jednak sam i poleciał w kierunku swoich.










Zawsze jestem ciekawa, co one do mnie mówią, kiedy tak krążą mi nad głową. Czy jestem widziana przez nie jako zagrożenie, czy może raczej potencjalnego dawcę padliny?

W drodze powrotnej spotkałam znów jedną z moich pannic, tym razem bardzo blisko. Właściwie dziewczyna na mnie wbiegła, a w jej oczach i wyrazie pyska doskonale widać, w jakie przerażenie wpadła. To smutne, zwłaszcza dla kogoś, kto kocha te zwierzęta całym sercem... Tym bardziej nie rozumiem, jak ktoś może czerpać przyjemność z zabijania tak pięknego stworzenia. Niewykluczone, że i ja byłabym w stanie to zrobić, będąc w dużej potrzebie, ale cieszyć się z tego, że odebrało się życie czującej istocie? Trochę mi się to nie mieści w głowie...






A poniżej - parę zdjęć rodzicielskich. I sarna wyraźnie pękata, i żurki prowadzą już całkiem sporego strusia. Choć niestety nie widać go na zdjęciu, gdyż przerosło go zboże :)














I tak oto w końcu pojawiło się coś bardziej rozbudowanego na blogu, choć może bez przesadnej lotności literackiej. Musicie mi to jednak wybaczyć - mam nadzieję, że zdjęcia obronią się same ;)
P.S. Syrop z kwiatów bzu już fermentuje w garnkach. Choć zdążyłam w ostatnim momencie, bo na krzewach więcej owoców niż kwiatów. Ale przeżyć zimę i choroby bez niego - niewykonalne!

czwartek, 31 maja 2018

Streszczenie

Wygląda na to, że wpadłam chwilowo w czarną dziurę. Chyba tylko tym mogę wytłumaczyć kompletny brak jakichkolwiek notek, skoro regularnie robiłam zdjęcia z myślą o wstawieniu ich na bloga. Zaburzenia na linii moje palce-klawiatura-internet spowodowały bezpowrotne zagubienie wszystkich treści i emocji w rozległej pustce wszechświata...

No dobra, po prostu jestem do granic możliwości niezorganizowanym leniem, lekko zagubionym w nowej rzeczywistości. Odzwyczaiłam się od tej odrobiny pracy twórczej, jaką jest pisanie, przez co idzie mi to dziś jak po grudzie. Zwłaszcza kiedy temperatura na dworze przekracza mój poziom komfortu o jakieś 15 stopni. Wyjść do lasu też znacznie mniej, niż podczas studiów, z jednej strony dlatego, że do lasu daleko (choć po planowanej niedługo przeprowadzce będę miała o wiele bliżej), z drugiej dlatego, że często zwyczajnie nie mam na to siły. Daje mi się to jednak mocno we znaki, bo znów z tęsknotą patrzę na horyzont, a gdzieś w środku do głosu coraz usilniej dobija się mój łazik.

Tak czy siak, parę zdjęć się nazbierało. Te poniżej, to kilka zdjęć znad Warty - przepiękny teren.





Z tego gościa niżej bardzo się przez chwilę ucieszyłam. Wyglądało na to, że ten samczyk muchołówki białoszyjej planuje osiedlić się w budce na mojej działce, ponieważ intensywnie śpiewał przy niej przez parę dni. Niestety, podjął ostatecznie złą decyzję - przeniósł się 2 kilometry dalej, do budki powieszonej tuż przy polnej drodze, naprzeciwko niewielkiego ośrodka rekreacyjnego. Razem z samiczką regularnie donoszą pisklętom owady. Choć u mnie miałby niewątpliwie większy spokój, to mam nadzieję, że i tam odchowają skutecznie młode.









A tutaj coś, co sprawiło, że poczułam ulgę. Niewielką, ale jednak. Na szczęście nie wszystkie rybitwie gniazda na Wiśle zostały zalane przez głupotę i arogancję niektórych jednostek. Na przęsłach mostu w Toruniu kurczaki chowają się dobrze. To pewnie bardzo niewielki procent tych, które mogły już niedługo wylecieć z gniazd, ale w tej sytuacji nawet takie rzeczy cieszą.


Dla mnie "długi" czerwcowy weekend zacznie się dopiero w sobotę, więc liczę na to, że w niedzielę rano uda mi się coś zaobserwować, i sfotografować (dbając przy okazji o naładowaną baterię i pustą kartę pamięci, o to dość często mnie gubi).