środa, 8 czerwca 2016

Rozmowy międzygatunkowe

W poprzednim poście postawiłam na moją ulubioną łąkę, dziś będzie typowo zoologicznie. Owy dzień był idealny, jeśli chodzi o zwierzynę wszelaką. Już od progu, jeszcze przy słabym świetle, powitały mnie flegmatyczne zające. Właściwie to tacy myśliciele, niemalże jak buddyjscy mnisi - siedzą sobie dumnie na skraju lasu i wpatrują się w pole. Iść, czy nie iść? Może zjeść to źdźbło, a może nie? O, a tam człowiek idzie. Może uciec? A może nie? A może pójdzie dalej, cobym swych delikatnych skoków nie musiał nadwyrężać?



I te ich niesamowite ślepia... W ogóle cała ich sylwetka jest dosyć niezwykła, jakoś tak nic za bardzo tam do siebie nie pasuje, przynajmniej w moim odczuciu. O, taki królik jest spójny. Sarna jest spójna, borsuk też. A zając? Jest... dziwny.

Z rana najbardziej niesamowite są mgły. Niby zawsze są w tych samych, dobrze mi znanych miejscach, zawsze są podobne w kształcie, ale jednak zawsze wzbudzają zachwyt.


A najbardziej lubię to pasmo mgły, które tworzy się nad dolinką na polu. Tak jakby ktoś postawił tam dach na niewidocznych filarach, albo oddzielił równą kreską ziemie od nieba.
A pod dachem tym pasła się sarna.






Dalej kolejny szarak, który dał się podejść jeszcze bliżej.



Niby taki chojrak, a jednak nogę dał. Ale odbiegł właściwie tak od niechcenia, kawałeczek, i znów usiadł. I tak mnie prowadził drogą dobrych kilkaset metrów, Może żebym nie wpatrywała się tak w tą drugą stronę pola, gdzie łaziły żurki z małym strusiem? Niestety na tyle daleko, że ze zdjęć nici.



Na mojej łące również spotkałam sarnę, a właściwie dwie, z czego jedną znikającą.



Dlaczego znikającą? Otóż lawiruję między tymi młodymi choineczkami i widzę, jak chodzi sobie na otwartej przestrzeni. Dzieliła mnie od niej jedna młoda brzózka, mająca jeszcze gałęzie do samej ziemi. Zaczęłam więc podchodzić po cichutku, cichuteńku, cały czas tak, żeby zasłaniała mnie brzoza. Sama siebie nie słyszałam jak idę, więc myślę że ona też raczej mnie nie słyszała, a wiatru nie było. I skradam się i powoli wychylam zza drzewa... Pusto! Aż zgłupiałam, bo zdawać by się mogło, że mam ją w zasadzie cały czas na oku i wszystkie ewentualne trasy jej ucieczki, a tu taka niespodzianka. Ale! Zając czekał :)


Kiedy ruszyłam dalej, mogłam się pozachwycać  świtem w lesie...





Za lasem z linii energetycznej obserwował mnie gąsiorek, a tuż nad uszami przelatywały jerzyki. Doprawdy, niesamowite uczucie, kiedy człowiek może usłyszeć, jak wiatr świszcze w jerzykowych lotkach! Jerzyki to zdecydowanie moje ulubione ptaki. Mają taką lekkość lotu, taką radość w tych ich podniebnych figurach! Zwłaszcza w miastach pokazują najlepiej, na co ich stać. Na moim osiedlu często dobierają się w 3-4 ptaki i lecą z niesamowitą prędkością prosto na ścianę budynku. I mogłoby się wydawać, że katastrofa gotowa - skądże znowu! Nagły zwrot w górę, dosłownie milimetry przed ścianą, tak, że muskają piórami o tynk, a wszystko to z radosnym jerzykowym krzykiem! Jakże im wtedy zazdroszczę... Jeśli reinkarnacja istnieje, to ja chcę być po śmierci jerzykiem!




Aż na koniec tej bosej wędrówki pogawędziłam sobie z koziołkiem. Spłoszyłam najpierw nieumyślnie stadko 4 saren w lesie, ale rogate macho zostało na polu. Starałam się zagrać powoli i z rozmysłem, żeby zrobić mu jakieś przyzwoite zdjęcia. Lekki niepokój w jego oczach był, trochę przestępował z nogi na nogę, ale nie wiedział za bardzo, o co chodzi.


A ja po cichu, boso po miękkim mchu spokojnie zmierzałam w jego kierunku, pod osłoną brzóz. Koziołek nie wytrzymał napięcia, nerwowo zabeczał. "Ktoś ty?" - zapytał po swojemu. To mu odpowiedziałam, w podobnym dialekcie, ale z nieco innym akcentem, że ja. Znaczy ja, piękna młoda sarenka i że ja nic złego, tak tu się tylko pasę, korę ogryzam, takie tam. To się uspokoił.


Ale gdy tylko zwiesił głowę, ja podeszłam znów kilka kroków w stronę pola. I znów - ślepia w moim kierunku, znów pytające beknięcie  - " któż tam???"

 I takoż znowu, po moim zapewnieniu że ja niewinna, młoda sarnia panna co to kwiatki i zioła zbiera i wcale mnie nie interesują jakieś tam koziołki czy inne płowe zwierzyny, zajął się posiłkiem. Niestety, jak to mawiają, do 3 razy sztuka. Za trzecim razem nie było już dyskusji, już nie miałam okazji kłamać, gdyż ostatecznie zdradziły mnie suche liście. O ile wcześniej udawało mi się iść bezszelestnie, omijając szyszki, gałęzie i korzystając z miękkiego podbicia mych stóp, to teraz, zajęta uwodzeniem rogatego panicza, nie zauważyłam suchych brzozowych listków, których odgłos zgniatania był głośniejszy niż wystrzał z armaty... I mój prześliczny panicz płowogrzbiety, o pięknych jak noc czarnych ślipiach, w las pomknął, muskając li i jedynie koniuszkami raciczek bujne złote kwiecie, a ja już już prawie chciałam biec za nim, już mi tęskno było do niego, już planowałam wspólne koźlęta... Ale sobie rychło w czas przypomniałam, żem nie sarna, ino dziewoja bosonoga, a na dodatek głodna!



A że zbliżała się już ósma, to czas było powoli wracać, jeszcze tylko kilka kilometrów marszu przez poranne lasy, obmycie zmęczonych stóp w kałuży iii... można zacząć dzień ;)



2 komentarze:

  1. Zając fajny (dlaczego one zawsze siedzą przy drogach?), ale kozioł w tym czymś żółtym - najfajniejszy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. ale spotkań, fajnie miałaś, brawo:) gdybym miał się odrodzić w ciele jakiegoś ptaka, to byłby to raczej kruk ;) nie mniej jednak rekord prędkości w zwrocie należałby do Ciebie ;)

    OdpowiedzUsuń